Hamburger na talerzu.

ANDRZEJ SIEDLECKI

Być aktorem

START | POLSKA | JAPONIA | AUSTRALIA | MOJE KSIĄŻKI | MOJE NAGRANIA | WCIELENIA RÓŻNE | ARTYKUŁY-WYWIADY | GALERIA ZDJĘĆ

STANY ZJEDNOCZONE

Byłem ciekaw świata i teatru uprawianego gdzie indziej. By przeżyć, odnawiam w Nowym Yorku u Jeffa meble, a kiedy mogę odwiedzam teatrzyki nowojorskie. Spotykam się z Andre Gregory, rozmawiamy o nowych trendach teatralnych.

Fot. U Jeffa - Nowy Jork.

Oglądam też "komercję" - musical "Anne" i "Chorus Line". Szok! Scena pulsuje fantastyczną energią. Na Columbia University uczę się angielskiego. Nocuję gdzie się da, u Tatara krymskiego, który ma podobno kilka żon i nosi srebrny kindżał w jednym z długich butów, u czarnowłosej stażystki od Grotowskiego, która widząc, że jej nie zauważam, a opracowuję obsesyjnie sztukę Wojtyły, wymawia mi darmowy pokoik. Ale oto stwarza się możliwość w życzliwej Fundacji Kościuszkowskiej. Nie sypiam po nocach, bo oglądam w telewizji kanał 0, prezentujący najlepsze światowe filmy. Ożywcza dawka filmowej sztuki! W Fundacji daję recital polskiej poezji współczesnej.

Idę do słynnego La MaMa Theatre, gdzie spotykam awanturującego się Kantora, że mu taksówki nie chciano zapłacić, bo pod szalikiem gardło chore. Od znajomego, który opiekuje sie jakąś hrabiną, dowiaduję się, że aktorce Idzie Kamińskiej, chcącej stworzyć teatr żydowski, nie udało się. A nam się uda? Sfera marzeń.

Fot. Spotkanie z Leonidasem Ossetyńskim.

I dalej snuje się amerykańska przygoda. Przenoszę się do Los Angeles. Zwabia mnie tam Leonidas Dudarew-Ossetyński (na zdjęciu po prawej, z brodą). Daję recital poezji współczesnej w klubie im. Modrzejewskiej i potem w prywatnych rezydencjach. Poznaję Stephan'a Pasternackiego, kompozytora muzyki do wczesnych hollywoodzkich filmów, przemiłego, już wtedy starszego Pana. U niego przez chwilę mieszkam. Tam mnie biednego i tak, okradają, i co ciekawe, zabierają tylko mój aparat fotograficzny i wszystkie filmy, które robiłem w Stanach, a z rzeczy gospodarza - NIC! Dziwne!

W prasie znajduję ogłoszenie, że potrzebny nauczyciel "acting'u", więc idę na "interview". Udało się! Prowadzę warsztaty w Theatre of Arts w Hollywood, skąd wyszedł Sylwester Stallone, a dla Polonii realizuję w dużej Sali Parafialnej światową prapremierową prezentację sztuki "Przed sklepem jubilera" Karola Wojtyły. Gra ze mną miła Teresa Watras, a muzykę znakomicie improwizuje Bernard Kawka z Novi Singers, który akurat przebywał w Hollywood. Sala była przepełniona, ludzie jak zaczarowani stali pod ścianami. To był nasz duży sukces!

Ulotka do sztuki 'Przed sklepem Jubilera.'

Ale zmywając puder poczułem się jak clown, który musi się uśmiechać przy gratulacjach, gdy w środku jest smutek. I jakoś tak, nie wiem dlaczego, poleciały mi z oczu łzy. To był jakiś straszny kontrast sukcesu i ceny za niego! Stanęły mi przed oczami noce, kiedy spałem na trawniku, a później szedłem nieprzytomny na próbę... potem pamięć przywołała dobrotliwą twarz matki mojej koleżanki Eli, aktorki z Warszawy, która zwolniła Meksykanina i zatrudniła mnie w ciastkarni, bym mógł mieć pieniądze na przeżycie w czasie prób. Przypomniałem sobie także pierwsze zetknięcie się w New Yorku z fragmentami sztuki Wojtyły, gdzie po kolejnym czytaniu wydała mi się niezwykłym moralitetem dla wszystkich, wierzących i niewierzących. Siedziałem nocami, analizowałem tekst i robiłem adaptację na dwie osoby, i kiedy przyleciałem do Hollywood sztukę miałem "w małym palcu". Dla mnie była sztuką przeciw rozwodom, a ja byłem po rozwodzie, który bardzo przeżyłem. Prezentując ją w Los Angeles wierzyłem, że może uratuję innych od rozwodu, a przynajmniej spowoduję refleksję, że miłość można też budować, że to nie tylko "zachłyśnięcie się" drugą osobą! To była obsesja i bardzo osobiste przedstawienie. Na marginesie dodam, że reżyseruję tylko wtedy, gdy wydaje mi się, że mogę coś od siebie powiedzieć i kiedy myślę, że będzie to także ważne dla widza. Nie lubię zawodowej rutyny, choć może gwarantować bezpieczny rezultat artystyczny. Ale tylko bezpieczny, nic więcej! A ja chcę więcej!

Ogarnęło mnie zmęczenie. Zmęczenie wszystkim. Także dynamiką tego kraju. A zmęczenie to zły doradca. A tu Madame Oleska z Theatre of Arts mówi, że wyrobi mi "zieloną kartę" do pracy. Układ był znakomicie prosty. Powiedziała "masz studentów, pracujesz - nie masz - nie pracujesz", a właśnie do mnie zapisywali się studenci. Ale rezygnuję. Tęsknię za synem i chcę już wracać do Warszawy. Jeszcze tu wrócę, myślę. Nie wróciłem.

* * *

W Warszawie wydaje mi się, że mogę wszystko zrobić, tak jak w Ameryce, więc wywieszam kartkę na drzwiach, co chciałbym zrobić. I nic nie mogę! Niemoc! Skrzydła mi opadają, boleśnie to odczuwam, ale odrastają po namowie Basi, aktorki z Katowic: "Zrób jeszcze raz "papieża", ludzie potrzebują". Dla aktora publiczność jest najważniejsza, dla niej się gra. Decyduję się więc na ponowne wystawienie "Jubilera".

Fot. Zespół sztuki 'Przed sklepem Jubilera' w kaplicy kościóła Św. Anny w Warszawie.

Muzykę komponują Novi Singers Waldemara Parzyńskiego. Więc następna przygoda! Montuję zespół, organizuję salę, robię próby, na które moja japońska narzeczona przynosi czekoladę, by mi magnezu nie zabrakło, gramy przedstawienia. Porządkuję krzesła, stoję w wejściu, wpuszczam widzów, sprzątam salę. Sztuka ma niebywałe powodzenie. Gramy aż do pamiętnego 13 grudnia 1981 roku. Tego dnia mamy jechać ze sztuką pod Warszawę. Nie pojechaliśmy - wprowadzono stan wojenny!


Zespół sztuki "Przed sklepem Jubilera" K. Wojtyły i ja
w kaplicy w kościele św. Anny w Warszawie
(prapremiera polska,16.02.1981).

Strzałka w lewo. Strzałka w prawo.
Copyright Andrzej Siedlecki, Sydney. Ostatnia modyfikacja: 2015-02-08